Dziecko
W poszukiwaniu najlepszego przedszkola - temat Ani
Od kiedy przeprowadziliśmy się na obrzeża
miasta, coraz bardziej obawiam się o kontakty kolesia z rówieśnikami. Niby
chodzimy od 1,5 roku na angielski, od stycznia do szkoły muzycznej, ale koleś
nie chce się ode mnie oderwać. Wszędzie ”ś mamą”, lęk w oczach i omijanie dzieci
szerokim łukiem. Kurcze nie wiadomo, co robić: czy to minie, czy będzie się
pogłębiać z wiekiem i skumuluje się na obowiązkowej zerówce? Do tego nasze
obecne miejsce zamieszkania to zero kontaktów z rówieśnikami...
Szukamy przedszkola. Jakoś spadło to nagle, bo
byłam przekonana, że zapisy od kwietnia, tymczasem kończą się w marcu! Trzeba
poszukać. Zobaczymy – może się kolesiowi spodoba i zechce zostać? Na początek z
mamą (to dla mnie warunek, o który pytam w każdym przedszkolu), a potem, może z
czasem oderwie się od mojej spódnicy. Przygotowuję zestaw pytań, które chcę
zadać paniom nauczycielkom i dyrektorowi.
Zaczynamy w poniedziałek od najbliższego
przedszkola (już w niedzielę podjechałam obejrzeć je z zewnątrz, podwórko nie
wygląda zachęcająco, niby drzewa, trawa, ale powyginany płot, gdzieś tam kawałki
szkła, w roku wielki kosz na śmieci – może pozostałości po zimie?). Przedszkole
w bloku, wchodzimy wprost na szatnię, rozglądamy się, z dala widać otwarte drzwi
do dwóch sal, dzieci. Hm... Nikogo z dorosłych nie ma, w sumie każdy mógłby
wejść z ulicy i podprowadzić co nieco. Dwie tablice – informatory, rzeczowo i
krótko. Pokazuję kolesiowi rysunki na ścianach, szatnię (bardzo nędzną, zwykłe
stare wieszaki, maleńka na dole półeczka na buty). Czysto, ale jakoś tak biednie
czy... sama nie wiem, jak to zwać. Czekamy, mija 15 minut i nikt się z dorosłych
nie pojawia. W końcu zdejmujemy buty i sami ruszamy do pierwszej sali. O,
zaskoczenie, nauczycielkę znam z innego przedszkola, więc zaczepiam i pytam o
różne rzeczy. Uff, można być z dzieckiem w sali, jest angielski i rytmika,
rzadko chodzą na dwór (zimą w ogóle nie byli). Rozglądam się po sali: czysto,
ale staro. Dzieci sadzą roślinki w butelkach PET przeciętych na pół! Mało
zabawek, ale... i dzieci mało, maksymalnie 15 w grupie (to duży plus!), od razu
dziewczynki podbiegają do Mimka, chcą go wziąć za ręce i oprowadzić po sali, ale
koleś chowa się za mnie, „nie tak szybko!” – zdaje się mówić jego mina. Idziemy
do drugiej sali. O, jest Natalka, - dziewczynka z naszej grupy z angielskiego.
Mimko czuje się lepiej – widzę. W sali wielki plastikowy ślimak – dzieci mogą
przez niego przechodzić, w rogu dziecięca kuchnia – zabawka, Natalka bierze
kolesia za ręką i pokazuje mu salę. Nauczycielka pyta jak się nazywa syn.
„Mikołaj”. „Mikołaj? A jak go Pani woła, bo dzieciom Mikołaj ze Świętym się
kojarzy” „Mimi” – odpowiadam. Dzieci od razu same się przedstawiają, ale pani
lekko beszta: „Dobrze, dobrze i tak Pani wszystkich Was nie zapamięta”. Dzieci
mało (zdaje się tak jest w każdej grupie w tym przedszkolu), po chwili same
wędrują do łazienki, myją łapki (same, pani została w sali), podśmiewają się z
siusiającego kolegi (zauważam, że w większości przedszkoli ubikacje są otwarte,
dzieci, więc się podglądają). Dostaję kartę zgłoszenia, którą wypełniamy na
korytarzu przy wejściu do pokoju p. dyrektor. W międzyczasie dyrektorka wchodzi
do gabinetu, załatwia sprawy z personelem (przy otwartych drzwiach, więc słyszę,
że wychowawczyni wzięła sobie niekorzystne L4, nota bene wychowawczyni zostawiła
dzieci same w sali, żeby załatwić sprawę personalną!). Sama pani dyrektor miła,
kolesia mogę zapisać od już, mogę z nim siedzieć w sali. Zapisujemy się, ale im
bardziej oddalamy się z przedszkola tym ja ma większe wątpliwości, czy dobrze
zrobiłam. Małemu się spodobało, ciocia-opiekunka miałaby blisko, żeby go
odebrać, ale ... hm... czy to przedszkole go czegoś nauczy? Takie dziwne
odniosłam wrażenie, że poziom tu średni i robi się to, co do obowiązków należy i
tyle.
We wtorek idę sama do innego, poleconego
przedszkola. Od drzwi dostaję oczopląsu, wszędzie wywieszone dzieła dzieci,
informacje o zielonym przedszkolu, angielskim, rytmice, dyplomy, wystawki....
gubię się w poszukiwaniu informacji dla rodziców zapisujących dzieci. Wchodzę do
szatni. Ładna, szafki eleganckie (nie żeby super nowoczesne, ale zadbane,
kolorowe), każde dziecko ma swoją szafkę. Jest pani na dyżurze, ale nie ma dla
mnie specjalnie czasu, wręcza ulotkę reklamującą to przedszkole (ojej, ile tu
metod i ciekawych zajęć dla dzieci, nawet basen i wycieczki!), daje druk do
wypełnienia (w domu dostrzegam, że dała mi dla „zerówkowicza” a moje dziecko
jest młodsze). Pytam o możliwość zostania z dzieckiem i jak liczne są grupy –
pani wyjaśnia, ze zawsze mają pełną obsadę i zostanie z dzieckiem jest
niemożliwe. O więcej nie pytam, i tak bym nie dosłyszała, bo straszny tu
harmider. Mnie się podoba, ale... obawiam się, że koleś zagubiłby się w tak
„intensywnym” przedszkolu.
Środa. Jadę do trzeciego. Przy wejściu kilka
tablic informacyjnych, w końcu korytarza ładna szatnia dla dzieci, w roku atrapa
ogródka. Pytam o zapisy, pani wprowadza mnie do pokoju dyrektorki. Dyrektor ma
dla mnie czas. Wyjaśniam, w czym rzecz, pani stwierdza, że co prawda ma pełną
obsadę 21 dzieci, ale właśnie jedno wyjeżdża i można by małego zapisać. Trochę
mnie stopuje z tym pozostawaniem z dzieckiem, żeby się mały nie przyzwyczaił, ze
mama zawsze jest. Sugeruje, by przyjść bez zapisywania na 3 dni, posiedzieć z
nim, „zwiedzić” przedszkole i wtedy zadecydować. Zajęć dla dzieci jest kilka:
angielski (o, jest i nasza metoda), rytmika, dla starszych basen. Jako jedyne z
dotychczas odwiedzanych przedszkoli zerówkę ma w tym samym budynku (pozostałe w
szkołach). Obowiązkowo muszę ubezpieczyć dziecko i przynieść zaświadczenie od
lekarza, że dziecko zdrowe (to zdaje się nowość, bo do tej pory nikt tego nie
żądał). Grupą opiekuje się nauczyciel + pomoc. Idę do sali, jest wcześnie, więc
maluszków mało (ojej, nawet 2,5 latek się trafił), w sali ładnie, dużo zabawek,
nawet jeżdżące autka. Zaglądam do łazienki: jednorazowe ręczniki, odnowione
ubikacje, o, zasłonki nawet są. Przedszkole mi się podoba, ma być prywatyzowane,
ale zupełnie mi to nie przeszkadza, widzę, że pani dyrektor ma werwę, chce coś
robić, to ważne. Hm... tylko jak koleś przyjmie to przedszkole? Na razie
sprzedałam mu, że jest bardzo ładnie, idziemy je zwiedzić w poniedziałek ( o
tym, że miałby tam zostać sam nic nie wspominam na razie). Na razie chce iść,
nawet już by poszedł.
W weekend wspominamy o fajnej zabawie w
przedszkolu, koleś jest nadal chętny. Zakupiliśmy nawet w drodze powrotnej z
angielskiego książeczkę o Kamyczku, który idzie do przedszkola. Czytam ją z
lekkim biciem serca, zwłaszcza fragment, jak Kamyczek płacze, bo boi się, że
mama na zawsze go tam zostawi. Mimko ani drgnie. Każe czytać po raz drugi. W
końcu przelotnie pada pytanie, czy mama będzie w przedszkolu. Nie będzie. Ale
nie widać przestraszonej miny, raczej akceptację faktu, chyba... Co prawda po
chwili oponuje, że skoro mama nie może iść, to będzie chodził z ciocią, a potem
to może powie cioci, żeby sobie poszła i przyszła po obiedzie (widzę, ze
opiekunka nie traciła czasu i przygotowała kolesia).
W poniedziałek wstaję wcześniej, żeby w spokoju
wszystko przygotować. W weekend była zmiana czasu na letni, więc moi mężczyźni o
7.00 jeszcze słodko śpią. 7.15 lekkie budzenie. Koleś stwierdza nawet, że
poleżałby jeszcze, ale jego duży palec od nogi chce iść do przedszkola. Wstajemy
rozbawieni. Koleś nawet śniadania nie zjadł, jedziemy. 8:30 wchodzimy do
budynku. Małemu się podoba, jest kolorowo, a ja... jestem zdziwiona, bo tym
razem nie ma czuwającej pani. Rozbieramy się i idziemy dalej, nikt nas nie
zatrzymuje (może dlatego, że wyglądam na osobę, która jest pewna siebie). W sali
trójka dzieci i... wchodzi pani dyrektor i wyjaśnia, że do śniadania ona
zajmuje się ta grupą. Ma zadzwonić, co z ogrzewaniem, bo jest chłodno. Koleś od
razu podłapuje zabawki, pani pokazuje ma auta jeżdżące przez odpychanie się
nogami. Mimko wybiera ten bez dachu (podobno wszystkie dzieci ten pojazd
wybierają jako pierwszy, czyżby czuły się w nim bezpiecznie?). Pani podchodzi do
Mikołaja, pokazuje mu zabawki, pyta o imię i mały odpowiada! Ludzie, moje
dziecko nie jest niemową! (na angielskim odezwał się dopiero po pół roku!).
Staram się jak najmniej ingerować, Mikołaj układa drewniane puzzle, chce
zobaczyć kuchnię dziecięcą – zabawkową. Jest nawet mikrofalówka z plastiku, ale
podbiega mała Weronika i odpycha go, twierdząc, że to jej zabawka. Koleś nie
wie, co zrobić. Oj, zdaje się, że dziewczynka jeszcze pokaże na co ją stać. Pani
sadza dzieci przy stoliku, układają puzzle, Mimko dobrze sobie radzi, pani
chwali i każe pokazać mamie. Potem zdejmują razem samochody, pani wyjaśnia,
który jak się nazywa, na koniec prosi Mimka, by posprzątał i sugeruje, bym mu
nie pomagała. Jesteśmy w przedszkolu godzinę, ale udało mi się na chwilę 2 razy
wyjść, uprzedzając o tym fakcie kolesia, zareagował bardzo spokojnie tzn.
pozwolił mi wyjść bez problemu. Jestem zaskoczona, że tak dobrze idzie. Muszę go
tylko jutro lepiej ubrać i poszukać jakichś sandałków. No i zobaczymy jak jutro,
bo dziś byliśmy tylko przed śniadaniem, gdy było niewiele dzieci i żadnych
systematycznych zajęć. Uff.
Wtorek. Wstaję znowu wcześniej niż moi mężczyźni,
za oknem pięknie świeci słońce. Koleś kima długo, zbliża się 8.15, więc lekko go
budzę. Wstaje chętnie, pytam czy idziemy do przedszkola. „Oczywiście!”. Szybkie
kakao (bo jeść nie chce), luźny ubiór, gdy trzeba było skorzystać z toalety,
sandałki do torby (jakoś nie przekonują mnie dziecięce pantofelki z gumową
podeszwą). W przedszkolu dość gwarno, ale koleś już chce szybko, do sali. „Mamo,
dlaczego ja nie mam szafki na buciki?”. Obiecuję, że będzie wkrótce miał. W sali
pani i więcej dzieci. Mimko jest dość onieśmielony, ale pani podchodzi,
zagaduje, proponuje, by poszedł z nią zobaczyć zabawki. Wyjaśniam, że jeśli chce
tu zostać, to ja musze wyjść w trakcie zajęć, żeby go zapisać. Ups, jeden z
chłopców uderza dziewczynkę w brzuch. Płacz, pani woła wszystkich i wyjaśnia, że
trzeba mieć dobre serduszko. Każe przeprosić. Mimi zmieszany, rozgląda się po
sali... Nauczycielka rozdaje wachlarze z papieru, wyjaśnia jak wieje mały wiatr
a jak duży. Wychodzę cichutko (mam nadzieję, że nie usłyszę zaraz płaczu, mam
nadzieję, że Mimi pamięta, że obiecałam wrócić), załatwiam formalności związane
z zapisaniem i po 15 minutach wracam. Jest OK., żadnego płaczu, ale widzę
zagubienie w oczach kolesia. Po chwili wyjaśniam, że znowu muszę wyjść, Mimi
nieco oponuje, dlaczego to zapisywanie tak długo trwa. Wychodzę na małe zakupy z
lekkim niepokojem. Kupuję kolesiowi w nagrodę chrupki i gruszkę i wracam po 40
minutach, zaglądam do sali. Bez płaczu, ale widzę, że biedak jest trochę
zagubiony. Pani podaje mi dzieło Mimka – ładny latawiec z papieru i bibuły.
Pierwsze przedszkolne dzieło. Idziemy do domu, choć Mimko twierdzi, że jeszcze
by tu został, najchętniej z mamą...
Środa. Mały rano coś kwęka, i że do przedszkola to
i owszem, ale... z mamą.- Mama musi iść do pracy, ale przyjdzie po Ciebie ciocia
– wyjaśniam.- Czy Kamyczek chodził z mamą? – Nie... – No właśnie, ale mama po
niego przychodziła, prawda? –Tak... – A czy widziałeś jakąś mamę w przedszkolu?
– Nie... No właśnie, bo mamy chodzą do pracy. Ja też. Ty się pobawisz z dziećmi,
może znowu coś ciekawego będziecie robić z panią? Jestem bardzo ciekawa, co dziś
Pani wymyśli. – Ja też. I jeszcze chciałbym jeździć autkami i zjechać ze
zjeżdżalni. –Autkami, to przed śniadaniem, jutro pójdziemy wcześniej, to
pojeździsz, a dziś ze zjeżdżalni, zgoda? – Dobrze, to będę z Zuzią w przedszkolu
(nie wiem, czemu wymyślił sobie, ze koleżanka ze szkoły muzycznej tez tu
chodzi). Po drodze zabieramy ciocię i soczek (bo koleś jeszcze dziś nie je w
przedszkolu) i buciki i zestaw ubrań do przebrania, gdyby coś i oczywiście
komórka dla cioci – uprzedzam panie w przedszkolu, że gdyby coś, to niech
dzwonią, ciocia zaraz przyjdzie. W przedszkolu spotykamy panią dyrektor, każe w
sali wypisać upoważnienie dla cioci, żeby odbierała małego. Pokazuję cioci co i
jak i idziemy do sali, po drodze obiecana zjeżdżalnia, Mimko uradowany. Szybko
załatwiamy upoważnienie, ciocia wychodzi, a ja żegnam kolesia. Przedszkolanka go
trochę zagaduje i wychodzę. Widzę, że strach w jego oczach jest coraz
mniejszy... W pracy siedzę jak na szpilkach, co tam teraz robi moje
kolesiątko... Dziś został w przedszkolu sam na 1,5h ! O 11.00 ma go odebrać
ciocia. Dzwonię na komórkę, tak, już wracają, dziś byli na spacerze i koleś
zadowolony, ale... zmęczony, chce wracać do domu trolejbusem. Uff... Nic się nie
działo. Wieczorem dyskretnie odpytuję go, jak było w przedszkolu, czy siusiał
(tak, ale nie sam, tylko pani zapytała, a potem pomogła mu się ubrać, nie mył
rączek), dzieci piły herbatkę (on nie, bo nie chciał), byli na podwórku. Na
zakończenie dnia coś wspomina, że do przedszkola to on chce, ale nie sam.
Pomijam milczeniem, nie bardzo chce mi się tłumaczyć w koło Macieju. W nocy
zdaje się przeżywa przedszkole, bo wierci się niezmiernie i przez sen mówi, że
nie chce iść sam.
Czwartek. Piękny słoneczny dzień, koleś budzi się
wesoły, obiecałam jazdę autkiem przed śniadaniem. Nawet ulubiona kaszka idzie w
odstawkę. Narzeka nieco na gardło, że go boli – mam nadzieję, że to nie będzie
pierwsza z serii przedszkolnych chorób. Trochę brakuje mi czasu rano, zwykle do
9.00 mogliśmy poszaleć, teraz już o 8.30 musimy być w przedszkolu. Od dziś koleś
jest pełnoprawnym przedszkolakiem, oficjalnie zapisany, będzie jadł pierwsze
śniadanie. Szybko się przebieramy, pani pyta, czy Mimko pamięta, gdzie jego
wieszak – o, dziś już nad wieszakiem pojawiło się imię kolesia!. Odstawiam
małego do sali, pani dyrektor podchodzi i proponuje samochodzik. Chcę wyjść, ale
widzę nietęgą minę kolesia, nie bardzo wie, co ma zrobić. Idę zapłacić za
przedszkole i ubezpieczenie małego. Na razie będzie jadał tylko śniadania, a
kiedy sam zechce – zostanie i na obiad. Wychodząc zerkam na jadłospis: o ludzie,
dziś na śniadanie ser biały ze szczypiorkiem i rzodkiewką – w domu nie udało mi
się namówić nigdy jeszcze małego na takie jedzenie. Oprócz tego grahamka z
masłem, miód, czekolada do picia – może coś zje? W pracy siedzę jak na
szpilkach. Czy przypadkiem nie płakał? Może nic nie zjadł? Jest przecież dziś
wyjątkowo długo, od 8.40 do 11.00! Zaraz po 11.00 dzwonię do cioci – Niech się
pani nie martwi! Mikołaj nie chce wyjść z przedszkola, siedzi z dziećmi w
piaskownicy – odpowiada opiekunka. Oddycham z ulgą. Mój dzielny chłopczyk!
Wieczorem mały jakby coś nosem pociągał, ale gardło już przeszło. Wyciągam od
niego wiadomości na temat dzisiejszego pobytu w przedszkolu – chce z dziećmi
jadać obiady, ale nie chce być tak długo są – znaczy bez mamy. Zastanawiam się
nad wykupieniem mu w takim razie obiadków, ale mały nie za bardzo chce dziś ze
mną rozmawiać, bo ważniejszy jest pan, który przyszedł właśnie naprawiać nam
wannę – Muszę tego pana pilnować, żeby nam wanny nie zepsuł – wyjaśnia koleś i
nie odstępuje pana z narzędziami.
Piątek. Katar, niestety, katar. Już noc była
ciężka, bo koleś się budził się z kwękaniem, że nie może oddychać. Sam
oświadcza, że nie chce dziś do przedszkola i tak w ogóle to nic nie chce. Oj,
wstał lewą nogą. Nic mu nie pasuje. Decydujemy, że dziś przedszkole odpuszczamy.
Mam nadzieję, że na katarze się skończy, dzwonię po opiekunkę, żeby przyszła
dziś do domu, bo mały jest nie w sosie. Robimy rano wydmuszki i oklejamy je
małymi muszelkami z moich starych korali. Kiedy wychodzę do pracy mały przytula
się i nie chce mnie puścić...
Weekend pod znakiem chmur
gradowych. Mimko wścieka się o byle co "Dałaś mi mleko w tym kubku? ja chciałem
w smoku!" (wrzask) "Nie będę sprzątał! Jak tak było to tak będzie" (wrzask)
"Dlaczego ten pociąg się rozwalił, nie miał!" (wrzask). Generalnie jęczenie,
płacz i złość. O przedszkolu mało wspominamy, choć Mimko z zainteresowaniem pyta
o szczegóły, gdy opowiadam, jak to z pewnością pani się zastanawia, co się
dzieje, że jego nie ma w przedszkolu. A katar koleś ma okropny, dawno nie
zużyliśmy takiej ilości chusteczek higienicznych.
Poniedziałek jeszcze
odpuszczamy, bo koleś nietęgo wygląda. Idziemy jednak na zajęcia wieczorne do
szkoły muzycznej – o, widzę postęp, mały sam podchodzi do Pana, bez oglądania
się za siebie – czy jest tam mama. Nie widać, żeby się bał, może to efekt
przedszkola?
We wtorek ruszamy do
przedszkola. Rano jest w porządku, choć o przedszkolu mało rozmawiamy, dopiero
pod przedszkolem się zaczyna. – Nie wejdę do przedszkola, nie chcę iść. –
Dlaczego? – Nie pójdę. Wchodzimy jednak. W szatni pani zagaduje : - O, kto to
dziś do nas przyszedł? I... zaczyna się płacz. Obiecuję, że zostanę jeszcze
chwilę w sali, ale od progu mały uczepia się mnie i ryczy. Pani podchodzi,
próbuje zagadać, bez skutku. Staram się wyjaśnić, że tylko na śniadanie, że wnet
przyjdzie ciocia. Nic nie skutkuje. Pani pokazuje ozdoby wielkanocne. Brak
efektu. Gorzej: jedno z dzieci też zaczyna płakać, ze chce do mamy. Koleś nie
pozwala sobie niczego wytłumaczyć. Nie bardzo wiem, co robić, ale po prostu się
żegnam i wychodzę. Stoję pod drzwiami. Nie słyszę płaczu, czyli chyba OK.
Dzwonię o 11.00 na komórkę do cioci, koleś podobno płakał 10 minut, ale potem
było już dobrze i wychodzić z przedszkola nie chce.
***
Ten tekst napisałam dobrych
kilka lat temu;) po to, by mieć co wspominać po latach: pierwsze uspołecznianie
się syna i "odpępnianie" trochę przewrażliwionej mamy. Mikołaj ma teraz 9 lat. W
tymże przedszkolu spędził prawie 3 lata i do dziś wspomina jak tam było fajnie.
Ja zaś najbardziej pamiętam, jak z "chłopczyka mamusi" wyrósł porządny chłopak,
który po powrocie z "zielonego przedszkola" w zerówce zapytał mnie: Po co
przyszłaś mnie odebrać? Na zielonym było super, jakbyś nie przyszła, to może pan
kierowca zabrałby mnie z powrotem do ośrodka!?.;)
Ania - mama Mikołaja
Aktywności
Porozmawiajmy
Brak wypowiedzi
O klubie

Klub dla dorosłych. Tu można wymienić poglądy dotyczące wychowania, zdrowia i edukacji, a także podzielić się własnymi pomysłami.
Gospodarz:
Współgospodarze:
Współgospodarze:
Popularne tematy
Eksperyment dla klasy 5. Wahadła Eksperyment dla klasy 4. Przemiany pary wodnej. Eksperyment dla klasy 6. Dyfuzja.
Aktywności w klubie















